Niektórzy twierdzą, że to jest żałosne...
 











 
 
 
 
 
 

 

 

 

 

DEPRESJA - Na zawsze stracone lata

 

 

"...nikt chyba tak naprawdę nie zdaje sobie sprawy, jak dużo ran jest w moim ciele....ran wyrządzonych złym słowem, chamstwem, niektóre rany widać gołym okiem.... innych nikt nie zobaczy.... może zdawać sobie jedynie z nich sprawę( moi przyjaciele) albo je czuć (tylko i wyłącznie ja) Te rany są bardzo podstępne, powoli mnie niszczą, powoli chowam się w tych ranach.... jak tak dalej pójdzie to niedługo cała ucieknę i się w nich ukryję…" moooody_girl

 

 

czuje się jak roślina, czuje ze tracę kontrole nad swoim życiem. każde złe słowo mnie zabija, żaden uśmiech nie ma dla mnie znaczenia. nie potrafię już panować nad gestami, mimiką, płaczem, gniewem. rozpadam się na drobne kawałeczki. jestem jak puzzle których nikt nie zdoła ułożyć, bo żaden element do siebie nie pasuje

Otwarcie mogę powiedzieć - tak, przeszłam przez to piekło. Piekło na ziemi, uczucie tego, że zamiast żyć- istniejemy. Chciałabym zebrać tu fragmenty z mojego pamiętnika z czasów choroby, ukazać według mnie najistotniejsze jej strony...

 

STRATA

A wszystko zaczęło się od odrzucenia przez rówieśników, wtedy jednych z najbliższych mi osób. Nie wiem jak to się stało, nie potrafię sobie tego racjonalnie wytłumaczyć, ale z dniem 1 września, gdy pojęłam, że już nie mam przyjaciół w klasie zawalił się mój świat. Wszystko działo się tak szybko niczym w dramac1ie "Romeo i Julia", w tym samym dniu przyszłam do domu i płakałam, później stało się to już codziennością... moje pierwsze wiersze o samobójstwie zaczęły powstawać zaledwie w trzy dni później. Po paru tygodniach zrozumiałam już co się ze mną dzieje, bałam się poprosić o pomoc, teraz żałuje.

 

MASKA

Już nigdy nie mogę uzewnętrznić swojego samopoczucia... czasem ktoś się pyta czy jestem smutna, albo się śmieją ze mam ‘zawiasa’... gdy paula splata o rękę z głupim uśmiechem pojęłam, ze nie mogę już nigdy do tego dopuścić... bo gdy zobaczą jak nisko upadlam sprawia ze będę lecieć nadal, z uśmiechem będą kopać i poniżać...

Gdy zachorowałam starałam się to jak najbardziej ukrywać, bałam się reakcji otoczenia, nie chciałam pokazać jak bardzo zostałam zraniona. Bardzo głęboko chowałam wszelkie negatywne emocje, za to ciągle się śmiałam i udawałam niezwykle pewna siebie osobę. Udawało się, byłam niezłą aktorką, szkoda tylko, że nie wiedziałam, jaką wielką krzywdę wyrządzam sobie. Po paru miesiącach nie trzeba było już zakładać maski, była ona moim nieodłącznym elementem, nienawidziłam tego, ale już nie potrafiłam okazać swoich uczuć. W tym samym czasie zaczęły się kłębić w mojej głowie oskarżenia skierowane w stronę mojej rodziny - "dlaczego oni nie widza ze jestem w takim stanie?!", "dlaczego mnie nie rozumieją?" Dopiero teraz odpowiedź stała się niezwykle prosta... Sama bałam się pokazać nawet im jaka jestem i co czuje, bałam się braku akceptacji mnie i mojej choroby.

 

AGRESJA SKIEROWANA NA ZEWNĄTRZ

Jest pewna rzecz która nie pozwala mi być sobą... jest nim moja choroba, bo tak naprawdę w środku jestem całkiem inna... może nawet nie w środku.. ale bez niej jestem inna... ale gdy czuje się źle nienawidzę, chce zabijać i niszczyć....

Gdy przez cały czas udawałam  że jest wszystko w porządku, walczy się z sobą i swoimi emocjami. Nie starczało mi już sił na walkę z emocjami gdy złościłam się na innych... Wtedy wyładowywałam się na otaczających mnie ludziach, czasem drobnostka mogła sprawić ze krzyczałam, trzaskałam drzwiami, wybuchałam płaczem, choć chwile przedtem , zachowywałam się całkiem normalnie i nic nie wskazywało na taki nagły 'wybuch'.

 

AGRESJA SKIEROWANA DO WEWNĄTRZ

nie chcę miłości, pragnę zrozumienia

za pierwszym razem nie bolało

za drugim szczypało

dziś płynęła krew

kolejne 28 pręg

 

  

 czerwień jest moja przyjaciółka

topie się w niej

a ona żyje dzięki mnie

chce odejść

ale ona mi nie pozwala

spływa dziękując za wolność

jej wolność

oznacza moje zniewolenie

 

"I'm gonna cut myself and
Watch the blood hit the ground"

["Będę się ciąć

i patrzeć jak krew kapie na podłogę"]

Korn

Zdjęcie 1                   Zdjęcie 2

Autoagresja wynikała z nienawiści do samej siebie. Na początku chyba kaleczyłam swoje ciało alby rozładować stres, napięcie [patrz. Maska] lub całkiem nieświadomie ukarać się za jakieś niepowodzenia. Myślałam ze w ten sposób pozbywam się części negatywnych emocji, jakie się we mnie kłębią - nie miałam racji... Chowałam je coraz głębiej, coraz bardziej ukrywałam je przed sama sobą. A samookaleczenia stawały się codziennością, pewnym nawykiem, rytuałem powtarzanym już bez względu na to, co działo się w moim życiu.

 

SPECYFICZNY BÓL

Chyba nie wiem czym jest ból fizyczny, nigdy nikt nie odciął mi palca, nikt nie przestrzelił mi kolana ani nie potrącił mnie samochód, ale nadal towarzyszy mi myśl ze ten ból nie jest taki zły... ze, da się go jakoś wytrzymać... bólu psychicznego nie potrafię porównać o do niczego, jest tak abstrakcyjny, nienamacalny, nikt go nie odczuwa tak jak dana jednostka, ale każdego boli tak samo mocno... dlaczego nie ma na to leku podobnego do ibuprom max?

 

Człowiek w swoim życiu przyzwyczaja się do wielu rożnych rzeczy... dlaczego nigdy nie zaakceptuje w swoim życiu bólu i samotności... dlaczego choć jest to jego stałym punktem dnia nie potrafi tego przyjąć i nie czuć chęci odmiany?

 

Gdyby się tylko moja mam zgodziła to i do Lublińca bym poszła, tylko po to by nafaszerowali mnie prochami i żeby mieć na chwile spokój

Ból - chyba jedna z najgorszych i najbardziej oczywistych rzeczy w depresji. Wszyscy piszą o smutku, smutek był jak błogosławieństwo w chwilach, gdy dopadała mnie totalna niemoc, gdy wiedziałam, że jestem nikim, że nic nie osiągnę, że żaden dzień nie przyniesie już słońca. To on sprawiał, że nie byłam w stanie normalnie funkcjonować, gdy mnie dopadał nie miałam już na nic siły, NIC! Jedyne, co byłam w stanie zrobić to położyć się, chciałabym też powiedzieć 'płakać', ale walenie pięścią w ścianę. Aż w końcu leżenie bez ruchu, bez znaczenia czy w cieple czy w zimnie, czy na podłodze czy na łóżku, ważne, aby nie było w pobliżu nikogo, kto mógłby mnie zauważyć, kto mógłby spytać się 'co się stało?' bo j

CIĄGŁA REFLEKSJA

daleko...

to trochę niezrozumiale nawet dla większości mówiących 'człowiekiem jestem i nic co ludzkie nie jest mi obce'

leży się na łóżku, stoi się na podłodze... powierzchnia ciała styka się z czymś równie materialnym jak ono samo... na tej powierzchni czuć wielki przeszywający ból... chce się poruszyć ręką... położyć inaczej nogę która może przez swe złe położenie odczuwa ból... chce się poruszyć głową lub zamknąć oczy...

ale się nie da.... myśli się o tym a ciało nie chce wykonać polecenia...

po kilkunastu minutach zmagań się udaje...

każda poruszona cześć ciała boli... jakby się dotykało krwawiącej rany...

w końcu nawet ruch nie daje ukojenia

 

 

 czym jest życie?

życie jest smakiem cytryny,

zapachem pomarańczy.

w dotyku ma kanty

niczym 'ziarno' granatu,

może nas zaskoczyć

jak avocado swoja zawartością.

jest jedwabiste niczym melon,

i gorzkie jak grapefruit.

jest słodkie i cierpkie,

gładkie bądź pełne nierówności.

życie jest smakiem, zapachem,

dotykiem, wzrokiem i dźwiękiem.

może warto żyć dla samego smaku pomarańczy?

 

J nie wiem czy to choroba ciała czy duszy... skąd biorą się ściany ociekające czekolada i dlaczego nie powstrzymałam się przed zjedzenia kawałka tortu... nie wiem kiedy to wszystko się zaczęło i kiedy nastąpi kres... myślami uciekam gdzieś daleko, nie jest to przeszłość, teraźniejszość a nawet przyszłość... to nieznany ład w ludzkim umyśle... czasem zastawiam się czy mogę użyć słowa 'ludzkim' ... bo tak wiele nas różni, przepaść nie do pominięcia... nie wiem kim jestem i skąd przyszłam... czasem zastanawiam się czy istnieje coś takiego jak życie

 

 

Ostatnio wydaje mi się ze moja wartość wyznaczają jedynie oceny, ilość punktów z egzaminu i moja waga która ciągle się waha... a pisze takie notki bo smutek zmienia moje patrzenie na rzeczywistość, może nawet nie ma rzeczywistości.. jestem tylko ja w jakimś chorym świecie... czasem moje rozgoryczenie sięga zenitu i wtedy trudno napisać o czymś innym.. napisać cos wartościowego...

 

POCZUCIE BEZNADZIEJNOŚCI, SAMOBÓJSTWO I WIARA W 'CUD'

Znowu czuje te nagromadzone emocje... czuje jakbym mila wybuchnąć... chce rozwalić wszystko a zarazem czuje tak wielka niemoc... bo tak naprawdę nie mogę przecież rozbić szyby, rzucić kwiatkiem w ścianę... hmm nawet gdybym mogła... już nie potrafię... walnięcie pięścią w ścianę jest zbyt trudne... niewykonalne... nie powiem dlaczego bo sama nie wiem

 

1ęłęópłacze, ciągnę się za wypadające coraz bardziej włosy, wbijam paznokcie w skore, uderzam głową w stół... użalam się nad sobą i myślę nad tym jak długo będę tak żyć...

 

that's the only way

mamo, proszę nie płacz... tak bardzo cię kocham... nie chce żebyś już kiedykolwiek płakała... dla ciebie zarezerwowane jest szczęście... z pewnością lepsza córka, i zawsze uśmiech na twarzy... jeśli tylko chcesz odejdę, bo wiem ze jestem źródłem twojego smutku... wiem że tak będzie ci lepiej...

innym tez... bo zdałam sobie sprawę że dla nikogo nie jestem ważną osoba... może ktoś mnie lubi.. ale smutek szybko mu przejdzie... zawsze szybko przechodzi po takich jak ja... w żadnym oku nie pojawi się łza, bo i po cos się martwic... ja zgasnę na zawsze... i na zawsze zostanę zapomina.. tak będzie lepiej...

 

przyszła taka piękna wiosna... a ja czuje ze musze już odejść... że nie mam siły... NIE MAM SIŁY

Gdy ból stawał się nie do zniesienia była tylko jedna myśl, która zaprzątała mi głowę - kiedy wreszcie zrobię coś dobrze i się zabije?!. Czytałam wiele o depresji i wszędzie było jedno zdanie, które jeszcze bardziej mnie dołowało i denerwowało - "depresja jest chorobą uleczalną!". Tak, teraz mogę powiedzieć to samo, ale wiem jak czułam się wtedy, gdy to czytałam. Wiedziałam, że z tej beznadziejności nic nie jest w stanie mnie wyciągnąć, że, jeśli ma się coś zmienić to tylko na gorsze, bo dla mnie nie ma już zarezerwowanego szczęścia, bo pewnie na nie na zasługuje. Byłam całkowicie przekonana o tym ze jedyna rzeczą, jaka jest mi jeszcze w stanie pomóc to ucieczka. Nie chciałam uciec od życia, ale od bólu, strachu, smutku, samotności, a wtedy zdawało się to antidotum na wszystko.

 

 

CZYM JEST NORMALNOŚĆ?

tnę się, drapie, plączę, krzyczę, szaleję...

chciałabym być sobą... ale już zapominam jaka wtedy byłam...

Jest to czas, w którym całkowicie zatraca się poczucie normalności, kiedy nie da się już przypomnieć jak to kiedyś było, gdy zacierają się wszystkie wspomnienia a w głowie huczy tylko nieustający ból.

 

ALIENACJA

nienawidzę ludzi którzy się uśmiechają... patrzą na mnie z uśmiechniętym ryjem i mówią 'dobrze ci tak, ja jestem szczęśliwa, lubiana, ładna i kochana, ty jesteś dla nas zdeptanym robakiem'

 

no i to ciągle uczucie spadania... spadania gdzieś głęboko... gdzieś gdzie już żadna pomocna dłoń mnie nie dosięgnie...

Wtedy naprawdę nienawidziłam ludzi, wydawali mi się wszyscy tacy szczęśliwi, wiedziałam, że mnie nie zrozumieją a wręcz przeciwnie będą nadal się wyśmiewać i jeszcze bardziej zatruwać moje 'życie'. Muszę przyznać że był czas kiedy szukałam kontaktu, ale to była jeszcze szkoła podstawowa. Po tym jak mnie odrzucili czasem starali się do mnie zbliżyć, pogadać, spotkać, ale ja się ich zbyt bardzo bałam. Wiedziałam, że jeśli pozwolę się im zbliżyć znów ich mogę polubić, a wtedy oni to wykorzystają i znów zranią. Na torbie wyszyłam sobie napis 'I have SARS', bo marzyłam o tym, żeby się mnie bali, żeby uciekali świadomi mojej siły, niestety nigdy nie zamieniłam się z nimi rolami.

 

NISKIE POCZUCIE WŁASNEJ WARTOŚCI

dlaczego nikt nie widzi jak bardzo się staram... ze mi zależy... każdy tylko oskarża i wypomina że nie wyszło... a ja czuje ze znów cos s********..

kiedy ja k**** wreszcie zrobię cos dobrze?!

Nadal pamiętam to jak się czułam, gdy dowiedziałam się jak bardzo obniżyły się moje oceny. Byłam już wtedy w szpitalu, poszłam się kapać i pomyślałam sobie ze ten żel do ciała którym się myje jest więcej wart niż ja, że nie zasługuje na to by wykorzystać tyle wody, że ucząc się tak jak się uczę nie zasługuje na nic. To uczucie towarzyszyło mi przez cale te dwa lata. Myślę, że nadal nie powróciłam do pewnej równowagi w ocenie samej siebie i swojej wartości.

 

RODZINA

dlaczego nikt nie zwraca uwagi na to co dzieje się w środku... na to co w kimś siedzi... moi rodzice widza tylko to co można zobaczyć na wyniku badań, rezonansu, prześwietleniu... nikomu nie chce spojrzeć się w to co jest głębiej... to co naprawdę boli...

 

kiedy się to skończy? no k**** kiedy? kiedy wreszcie będę zasypiać z pogodnymi myślami? kiedy nie będę myśleć o krwi płynącej po ręce? kiedy przestanę marzyć o tym by moc się pociąć.. najgłębiej jak tylko można... ale tak by nie pozostała żadna blizna... bym kiedyś mogła o tym zapomnieć... kiedy?! kiedy będę kłaść się spać w piżamie z krótkim rękawkiem? czy do lata będzie mniej widać? czy do lata będzie mniej boleć? kiedy wyleje już z siebie cała krew?

no tak zapomniałam... 'masz depresje tylko wtedy gdy jest ci to do czegoś potrzebne!!' - mama

Niestety tak na początku było że nawet osoby najbliższe nie dawały mi żadnego wsparcia. Ciągle coraz to nowsze oskarżenia. Gdyby moja mam wiedziała jak bardzo siebie nienawidzę może nigdy nie padły by z jej ust słowa " za wszystkie swoje niepowodzenia oskarżasz wszystkich, tylko nie siebie!"

Jednak cieszę się niezmiernie z tego, że już sytuacja w domu pod tym względem się zmieniła, naprawdę czuje się bardziej rozumiana, no i wiem że najbliższe osoby zaczynają akceptować moje emocje i wreszcie nie wmawiają mi jak powinnam się czuć i co myśleć. Gdyby nie ta ogromna zmiana u moich rodziców nie zdołałabym wyjść z choroby.

Chciałabym żeby ta praca była dla Mamy, Taty, Artura, Alicji, Ani, Roksany, Pani Doktor Beaty Tatrockiej-Burzawy i Psycholog Joanny Rychter z podziękowaniem, by zdali sobie sprawę jak bardzo pomogli mi zmienić swoje życie i wreszcie stanąć na nogi.